28 grudnia 2019 | Zbigniew Kaszlej
Wspomnienia Henryka Suchockiego z Netty
 

Otrzymaliśmy z Białegostoku przesyłkę zawierającą spisane przez Henryka Suchockiego wspomnienia dotyczące wsi Netta. Wspomnienia ciekawe, warte upublicznienia. Pan Henryk dołączył swoją biografię i kilka fotografii dokumentujących wizytę w Szkole Podstawowej w Netcie, którą ukończył w 1953 r.
Zapraszamy do lektury.   
                         

B I O G R A F I A

Nazywam się Henryk Suchocki. Urodziłem się 14 marca 1939 roku we wsi Netta Pierwsza. Rodzice Stanisław i Feliksa z domu Bujnowska. Moje dzieciństwo przypadło na lata wojny. Szczególnie dotkliwy był okres ok. sześciu miesięcy od lipca 1944 r. do stycznia 1945 r. W tym czasie linia frontu zatrzymała się na Kanale Augustowskim i rzece Netta. Byliśmy w tym czasie ewakuowani ze wsi i wraz z rodzicami i starszym bratem Zygmuntem przebywałem u życzliwych gospodarzy kolejno w Bargłowie Dwornym, Nowinach Bargłowskich, Pomianach i Łabętniku.
Po wojnie w 1946 roku rozpocząłem naukę w Szkole Podstawowej w Netcie. Ukończyłem pierwszą klasę i rodzice przeprowadzili się na tzw. Ziemie Odzyskane do wsi Piętki, w powiecie Ełk. Tata obawiał się aresztowania z powodu, że przed wojną, podczas okupacji sowieckiej, a potem niemieckiej był w Netcie zastępcą sołtysa. Brał udział w kampanii wrześniowej i był w niewoli sowieckiej, a później przez pewien czas się ukrywał. Kontynuowałem naukę w Szkole Podstawowej w Kalinowie, a pod koniec kwietnia 1951 roku wróciliśmy do Netty. W 1953 roku ukończyłem naukę w Szkole Podstawowej w Netcie, a następnie w 1955 roku Zasadniczą Szkołę Metalowo – Drzewną w Augustowie – kierunek tokarstwo, a w 1959 roku Technikum Mechaniczne w Suwałkach – kierunek obróbka skrawaniem. Pracę podjąłem 28 sierpnia 1959 roku w Wytwórni Wyrobów Precyzyjnych w Czarnej Wsi. W 1962 roku miejscowość otrzymała prawa miejskie i nazwa Czarna Białostocka. W międzyczasie zakład zmienił nazwę na ,,Agromet” Fabryka Maszyn Rolniczych. Pracowałem na różnych stanowiskach, począwszy od tokarza na Wydziale Remontowym, archiwisty, technologa do kierownika Sekcji Obróbki Skrawaniem w Dziale Głównego Technologa. W międzyczasie ukończyłem specjalistyczne kursy: Programowanie obrabiarek sterowanych numerycznie w Centralnym Biurze Konstrukcji  Obrabiarek w Pruszkowie i kurs  dla technologów: Projektowanie  Procesów Technologicznych na automatach tokarskich w Fabryce Automatów Tokarskich w Bydgoszczy.
W 1964 roku zawarłem związek małżeński z Anną. Urodziły się dwie córki. Na koniec grudnia 1983 roku po 24 latach nienagannej pracy w fabryce otrzymałem wypowiedzenie umowy o pracę. Przyczyną prawdopodobnie była moja wcześniejsza działalność w NSZZ „Solidarność”. Byłem  nieetatowym  drugim  wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej. Wkrótce doczekałem się własnego mieszkania spółdzielczego w Białymstoku i również udało się znaleźć pracę w pobliskiej Fabryce Urządzeń Grzewczych ,,Biawar”. Następnie w czasie przemian gospodarczych pracowałem w swoim zawodzie jeszcze w czterech innych zakładach. Dwa z tych zakładów upadły, więc przez kilka miesięcy byłem na zasiłku dla bezrobotnych. W grudniu 1997 roku przeszedłem na wcześniejszą emeryturę. Będąc na emeryturze jeszcze przez trzy lata pracowałem na pół etatu w ,,Monrolu” w Mońkach na stanowisku technologa. W lipcu 2017 roku zmarła ukochana małżonka i zostałem w smutku sam. Jestem działkowiczem, więc wiele dni w roku spędzam na świeżym powietrzu i z zamiłowaniem uprawiam kwiaty i trochę warzyw. Interesuję się historią drugiej wojny światowej, a szczególnie jej przebiegiem na bliskich mi  rodzinnych stronach – ziemi augustowskiej.                                                                                       

P O W R Ó T  S Y B I R A K Ó W – wspomnienia

Pod koniec kwietnia 1946 roku, ja siedmioletni chłopiec, bawiłem się na podwórku w mojej rodzinnej wsi Netcie Pierwszej, gdy nagle usłyszałem warkot silnika. Było to zaskoczenie, bo w tamtym czasie pojazdów mechanicznych było mało. Pobiegłem do drogi i zobaczyłem samochód ciężarowy mijający naszą posesję. Był to skrzyniowy samochód, na którym siedziało kilka osób i wystawały z nad bort jakieś tobołki i meble. Samochód nagle zatrzymał się na przeciw posesji sąsiadów Państwa Kuźmińskich. Pobiegłem do mamy, do naszej małej chatynki pobudowanej może kilka tygodni wcześniej z informacją, że samochód zatrzymał się za nami. Po pewnym czasie, na skróty przez sad obok głębokiego wykopu pod stanowisko artyleryjskie dotarli do nas Pan Stanisław Kuźmiński wraz z żoną Marianną, czy Marią (nie jestem pewien imienia). Po serdecznym powitaniu Pan Stanisław mówił, że nie mogli poznać miejsca ich zamieszkania ponieważ kilka kolejnych zabudowań w końcówce wojny zostało spalonych. Z opowiadania moich rodziców wynikało, że pożar powstał w wyniku wybuchu pocisku zapalającego, który trafił w stodołę Państwa Tylendów. Spaliły się kolejno zabudowania Tylendów, Kuźmińskich, nasze i jeszcze jedne zabudowania (nie pamiętam nazwiska). U Państwa Kuźmińskich ocalała z pożaru suszarnia ogniowa tytoniu znajdująca się w sadzie i duża suszarnia napowietrzna tytoniu, która stała daleko od innych zabudowań i o dziwo istnieje do chwili obecnej. Ocalała również u nas napowietrzna suszarnia tytoniu stojąca po drugiej stronie drogi. 
Pan Kuźmiński powiedział, że ich starszy syn Stanisław nie wrócił razem z nimi, bo na Syberii dostał się do wojska polskiego i z armią gen. Andersa opuścił Związek Sowiecki. W internecie wyszukałem, ze walczył w bitwie pod Monte Cassino w stopniu kaprala w 3 Dywizji Strzelców Karpackich. Potem dotarł do Anglii skąd powrócił w 1951, lub 1952 roku. Powrót ten pamiętam, bo utkwił mi w pamięci jego wojskowy mundur i gramofon, który przywiózł. Z tego sprzętu kilka razy korzystałem i z płyt gramofonowych. Były piękne nagrania i często trzeba było nakręcać sprężynę gramofonu.
Pan Kuźmiński pytał o los młodszego ich syna Eugeniusza, który był poza domem w chwili wywózki 10 lutego 1940 roku. Moi rodzice odpowiedzieli, ze istnieje niepotwierdzona wersja, że ich syna i jego kolegę Eugeniusza Harasima ktoś widział jak NKWD wiozło furmanką do Augustowa i ślad po nich zaginął. Prawdopodobnie zostali zamordowani.
Mama przy pomocy córek Państwa Kuźmińskich szybko zrobiła z mąki makaron, ugotowała z dodatkiem mleka i podała na stół. Przybysze z wielkim apetytem zjedli i mówili, ze przez sześć lat marzyli o takim jedzeniu. Oczywiście gotowano jeszcze jeden garnek makaronu, ale już bez mleka, bo go zabrakło.
Doskonale pamiętam, że sąsiedzi przywieźli z Syberii koszyk ziemniaków – taka dziwna odmiana w kształcie klinowatym, koloru czerwonego z lekko złuszczającą się skórką. Nie zjedli tych ziemniaków, tylko wkrótce w maju je posadzili. W latach jeszcze sześćdziesiątych tą odmianę uprawiała prawie cała wieś. Była to smaczna odmiana ziemniaków i bardzo urodzajna.
Sąsiedzi zamieszkali w ocalałej suszarni ogniowej wstawiając płytę kuchenną i mieszkali w tym skromnym pomieszczeniu kilka lat. Później pobudowali drewnianą oborę z częścią mieszkalną. Budynek ten jeszcze istnieje.
My wiosną 1947 roku wyjechaliśmy na tzw. Ziemie Odzyskane do wsi Piętki w pow. Ełk (ok. 20 km od Netty). Tata obawiał się aresztowania, ponieważ tuż przed wojną i w czasie okupacji sowieckiej i później niemieckiej był w Netcie zastępcą sołtysa. Nowej władzy to się nie podobało, bo jak mógł w czasie okupacji niemieckiej być zastępcą sołtysa. Z tego co mi tata mówił, to wtedy na wsi nie było nowych wyborów i obowiązkowo musiał pełnić dotychczasowe obowiązki. Gdy się trochę uspokoiło, pod koniec kwietnia 1951 roku wróciliśmy do rodzinnej wsi.
Sąsiad Kuźmiński często przychodził do nas i szczególnie długimi zimowymi wieczorami wspominali lata wojny i wywózkę sąsiadów na Syberię. Utkwiła mi w pamięci opowieść Kuźmińskiego, o tym jaka straszna bieda panowała na Syberii, że podczas żniw nie wolno było z pola zabrać nawet kłosa zboża, ale mówił, że jego córki poszyły w nogawkach spodni wewnętrzne kieszenie i trochę zboża udało się zdobyć. Zdobyte zboże rozgniatali kamieniami i piekli placki. W piecu palili zeschniętym krowim łajnem. Moja mama wspominała, jak po nocy w przydomowym ogródku znalazła dwa duże karabiny. Mama bardzo się wystraszyła i podjęła szybką decyzję, aby je natychmiast ukryć jak najdalej od domu. Owinęła karabiny w płachtę, włożyła na plecy, mnie wzięła za rękę i zaniosła pakunek na pole za pagórek i na łące wstawiła je do wody w torfowniku. Ja jak przez mgłę pamiętam tą sytuację. Później była awantura, że mama zniszczyła karabiny, które były właśnie syna sąsiada Eugeniusza i jego kolegi Eugeniusza Harasima, którzy byli w partyzantce i prawdopodobnie dlatego te obie rodziny trafiły na listę do wywozu na Syberię.
Dzisiaj trudno odtworzyć czasy wojny i trudne również lata powojenne, ale trochę wspomnień pozostało w mojej pamięci i tym dzielę się z obecnymi mieszkańcami, a szczególnie z wnuczkami i wnukami moich dawnych koleżanek i kolegów.

Białystok, marzec 2018 r.                           Henryk  Suchocki


W S P O M N I E N I A  Z  C Z A S Ó W  W O J N Y

Była może połowa lipca 1944 roku, gdy nagle w nocy zbudził mnie warkot samolotów i huk odległych wybuchów. Na niebie w oddali pojawiły się lampiony na spadochronach świecące jasno niebieskawym światłem. Początkowo nie wiadomo było co tak silnie świeci, że stało się widno jak w dzień. Ludzie w popłochu opuszczali domostwa. Ja ze starszym bratem i rodzicami pobiegliśmy na pole i skryliśmy się w zbożu. Mama zdążyła zabrać z domu koc i poduszkę. Siedzieliśmy rozdygotani – jak się później okazało, to lotnictwo sowieckie bombardowało Augustów. Pisząc niniejsze wspomnienia  zacząłem szukać w internecie materiałów o bitwie o Augustów na przełomie 1944/1945 roku. Dosyć szczegółowy opis tych walk znalazłem we wspomnieniach Pana Stanisława Dzieniszewskiego mieszkańca Augustowa. Powyższe wydarzenie miało miejsce w nocy 20 lipca 1944 roku.
Po  kilku dniach wojsko niemieckie kazało mieszkańcom Netty opuścić swoje domostwa. Najpierw zatrzymaliśmy się na swoich polach, w rowie przykrytym drzwiami od stodoły. Przebywaliśmy w tym miejscu krótko. W pobliżu „koczowały” w podobnych warunkach sąsiedzi. Spotkałem tam kolegę Jurka, który mi powiedział, że w zabudowaniach we wsi została jego zabawka – drewniany drabiniasty wózek. Wymknęliśmy się z opieki rodziców i wyruszyliśmy po wózek. Przeszliśmy przez wiejską piaszczystą drogę i weszliśmy w wąską drogę prowadzącą na podwórze. Nagle jak z pod ziemi stanął przed nami niemiecki żołnierz w czarnym mundurze, a na piersi miał zawieszoną półkolistą blachę. Prawdopodobnie był to żołnierz żandarmerii polowej. Stanęliśmy jak wryci z przestraszenia. Ten młody żołnierz niemiecki zapytał nas po polsku: „Co my tu robimy, gdzie wasi rodzice”? Trzęsąc się ze strachu odpowiedzieliśmy, że przyszliśmy po wózek – zabawkę kolegi, a rodzice są za pagórkiem na polu. Powiedział nam: „Chłopcy jest wojna, wracajcie dołem łąką, bo snajper może was zobaczyć jak będziecie na pagórku i może strzelać”. Następnie żołnierz wyjął z kieszeni tabliczkę czekolady, rozłamał na połowę i chce nam dać do rąk, a my rączki do tyłu, bo rodzice nam wcześniej powiedzieli, aby od Niemców nigdy nic nie brać. Żołnierz wetknął nam do kieszonek w koszulach czekoladki i udaliśmy się w drogę powrotną łąką. Czekoladę zjedliśmy w drodze i nic nie powiedzieliśmy rodzicom o naszej wyprawie do wsi. Dzisiaj z perspektywy lat tamte zdarzenie może wydawać się wprost niewiarygodne. Może spotkaliśmy Niemca, który lubił małe dzieci, a może własne dzieci zostawił w domu, gdy wyruszył na wojnę, a my jakby przypomnieliśmy jemu o tym pożegnaniu?
Potem przenieśliśmy się kilkaset metrów dalej – bliżej Bargłowa Dwornego na pole Państwa  Kruczyńskich. Tam przebywaliśmy w wykopanej w ziemi kryjówce, również przykrytej drzwiami i darniną z pobliskiej łąki. Było późne popołudnie, słońce zmierzało ku zachodowi. W kryjówce było kilkanaście osób. Były rodziny sąsiadów Malinowskich, Karczewskich, Stanisława Harasima i jeszcze kilka osób i ja z mamą i bratem. Tata był w tym czasie u Państwa Wyszymirskich w piwnicy (w prostej linii może niecały km od naszej kryjówki). Nad nami krążyły różne samoloty, a gościńcem z Bargłowa do Netty przemieszczały się małe zmotoryzowane grupy wojsk niemieckich. Pamiętam, że w kryjówce było dwóch, a może trzech chłopców w wieku ok. 15 lat, których interesowało jakie i czyje samoloty krążą po niebie? Podnosili kilka razy klapę włazu i widocznie pilot prawdopodobnie rosyjskiego samolotu zauważył może odbicie światła i zrzucił na nas dwie bomby. Jedna bomba wybuchła ok. 8 m od kryjówki, a druga nieco dalej. Ja siedziałem na kolanach mamy, to podmuch powietrza przeniósł mnie do drugiej ściany wykopu, a twarz została zasklepiona ziemią. Zrobił się straszny tumult, płacz i panika. Ludzie zaczęli się wygrzebywać z ziemi i uciekać na oślep w różne strony. Ja z mamą i bratem dobiegliśmy do bagna w pobliżu Państwa Wyszymirskich, gdzie było trochę krzaków i kępy traw. Zapadł zmrok, a ludzie byli w takim szoku, że chyba odebrało im mowę. Dopiero nad ranem, gdy chłód zaczął doskwierać, słychać było głosy i pytania: „Kto tam, czy wszyscy żyją”. To było straszne przeżycie. Potworny huk i uderzenie ziemi z olbrzymim impetem czuję do dzisiaj – jakby to było wczoraj, a nie 74 lata temu.
Zmuszeni zostaliśmy do opuszczenia pól Netty Pierwszej i kolejno przebywaliśmy kątem u gospodarzy w Bargłowie Dwornym, Nowinach Bargłowskich, Pomianach i na koniec działań wojennych w styczniu 1945 roku w Łabętniku – w odległości mniej niż 2 km od granicy Prus Wschodnich, a do najbliższej miejscowości za tamtą granicą Borzymy (niemiecka nazwa Borschymmen) ok.4,5 km.
Koniec działań wojennych na tym terenie zapamiętałem doskonale. W styczniowy wieczór nastąpił silny ostrzał artylerii rosyjskiej, a szczególnie katiusz, które ostrzeliwały ze zdwojoną siłą. Na niebie leciały jakby roje meteorytów i słychać było ich syczenie. Dzieci trudno było przywołać do domu. Potem ucichło, a nad ranem zbudziły nas okrzyki „hurra, hurra”. Mężczyźni i młodzież pobiegła za pagórek, gdzie stacjonowało kilku niemieckich żołnierzy i była polowa kuchnia, aby zdobyć może co do jedzenia. Znaleźli kilka konserw i czerstwy chleb. W tamtych czasach takie znalezisko było rarytasem.
Moim rodzicom udało się utrzymać przez okres ewakuacji klacz ze źrebakiem, krówkę – naszą żywicielkę i wóz, którym się przemieszczaliśmy do kolejnych miejsc. Zmiana miejsc pobytu była wymuszona decyzjami wojska niemieckiego. Gdy przebywaliśmy chyba w Nowinach Bargłowskich, to na podwórzu leżała hałda gałęzi świerkowych. Tata z bratem zbudowali z tych gałęzi szałas i tam umieszczono naszą krasulę. Klacz ze źrebakiem była w stajni. Klacz miała mocno skaleczoną pęcinę tylnej nogi. Tata przykładał jakieś mazidła i owijał nogę szmatami, ale to się nie goiło, a noga bardzo spuchła. Pewnego ranka na podwórku pojawili się na koniach dwaj kozacy. Służyli oni w wojsku niemieckim, a pełnili rolę zaopatrzenia wojska niemieckiego w żywność. Przybysze nie mieli broni palnej, tylko przypięte do pasa szable. Zabierali co się dało od ludności cywilnej. Mój brat dyskretnie wcisnął się do szałasu z krówką, aby głodne zwierzę nie wydało głosu i nie zdradziło miejsca pobytu głaskał zwierzę po szyi. Kozacy weszli do stajni, ale tata pokazał, że klacz ma chorą nogę i to mogą być objawy końskiej choroby nazywanej ZOŁZY. Gdy to powiedział, kozacy szybko opuścili stajnię. Krówka jak mówił mój brat cicho zamruczała, ale na szczęście kozacy nie usłyszeli. Mieliśmy to szczęście, że po zakończeniu wojny mieliśmy krówkę i klacz z dorastającym źrebakiem. Noga klaczy później się zagoiła, ale pęcina była bardzo gruba. W gospodarstwie była wiele lat i urodziła jeszcze kilka źrebaków.
Wróciliśmy do Netty okrężnymi polnymi drogami, ponieważ w Bargłowie Dwornym przy wyjeździe ze wsi, w miejscu gdzie po obu stronach drogi było zarośnięte olchą bagno, droga była zaminowana. We wsi zastaliśmy zgliszcza. Nasze zabudowania spalone, jedynie ocalała napowietrzna suszarnia tytoniu po drugiej stronie drogi. Na polach nie zebrane zboża, nie wykopane ziemniaki i warzywa. Przygarnęli nas pod swój dach sąsiedzi – Państwo Malinowscy, u których ocalał dom i stodoła. Oborę rozebrano podczas wojny, a drzewo wykorzystano do obudowy stanowisk artyleryjskich. Ze zmarzniętych główek kapusty wycinaliśmy środek tzw. kaczan i jedliśmy. Znaleźliśmy suche badyle malin, więc je cięto na kawałki i z nich gotowano herbatę. Słodzono zdobytą wcześniej od Niemców sacharyną. Smak sacharyny był okropny. Ja z kolegą Jurkiem w sadzie po drugiej stronie drogi znaleźliśmy w liściach kilka zmarzniętych jabłek. Och jak one nam smakowały. Po pewnym czasie, gdy drogę do Białobrzegów rozminowano, dotarł do nas z pomocą żywnościową wujek z Ponizia. Oni byli w czasie działań wojennych po drugiej stronie frontu, który na kilka miesięcy zatrzymał się na Kanale Augustowskim i udało się im zebrać z pola trochę zbóż i ziemniaków. Takie to było moje dzieciństwo.           

Białystok, marzec 2018 r.                        Suchocki Henryk

25 grudnia 2019 | Zbigniew Kaszlej
Wigilia AK-owców i Sybiraków z Augustowa i Sokółki
 

„Gdzie jest nasze Betlejem? Nasze polskie Betlejem?” to pytanie wyśpiewane przez utalentowaną młodzież w najzacniejszym gronie – AK-owców i Sybiraków – na spotkaniu opłatkowym 16 grudnia 2019 r. w II Liceum Ogólnokształcącym w Augustowie im. Polonii i Polaków na Świecie. Była modlitwa, pastorałki i kolędy, wspomnienia, życzenia, wzruszenia i wdzięczność pokoleniu, które pamięta wojenne i zesłańcze wigilie.
Miło było nam gościć dwudziestoosobową reprezentację naszych kochanych kombatantów z Augustowa i Sokółki oraz przyjaciół ze Stowarzyszenia Historycznego im. Bohaterów Ziemi Sokólskiej. Z Wrocławia przybyła godna reprezentacja Zarządu Stowarzyszenie Odra – Niemen, dzięki któremu mogliśmy zorganizować spotkanie w klimacie wigilijnej, rodzinnej wieczerzy z oprawą muzyczną.
„My” to Klub Historyczny im. Armii Krajowej w Augustowie.
Nasze zaproszenie przyjął ks. dziekan Wojciech Jabłoński, przyjaciele ze Stowarzyszenie Pamięci Zesłańców Sybiru w Augustowie, Wspólnota Wnuków Sybiraków.
Bohaterowie naszego spotkania: AK-owcy i Sybiracy otrzymali „paczki pamięci” przygotowane w ramach projektu Stowarzyszenia Odra – Niemen RODACY-BOHATEROM, ze środków Ministerstwa Obrony Narodowej.
Dziękujemy naszym gościom i każdemu, kto wspomógł nas w organizacji: Małgorzata Suszyńska, Kamila Gosiewska, Eugeniusz Gosiewski, Barbara Koronkiewicz, Lena Anna Olechowska, Maria Kisielewska, Krzysztof Oszer, Krzysztof Promiński, Zbigniew Kaszlej, Wojtek Kaszlej, Restauracja „Ta Beata” (przepyszne dania – polecamy).
Dziękujemy młodym artystom z II LO – sami zobaczcie, cóż to był za koncert! Spisali się śpiewająco.
Brawo: Weronika Ewa Piekarska, Patrycja Bożewicz, Błażej Czarniecki, Monika Sturgulewska, Ewelina Dadura, Agnieszka Daniłowicz, Magda Bućko, Weronika Rozmysłowicz, Krzysztof Pużyński, Wiktoria Dębska, Zuzanna Drejer, Martyna Prawdzik, Klaudia Kapla, Weronika Świątkowska, Weronika Żółtek, Bartosz Kuryło, Julia Marynicz, Michał Milanowski. Szczególne podziękowania składamy braciom Milewskim z Płaskiej.
Perfekcyjnie o obsługę techniczną zadbali: Szymon Ewko, Sebastian Szyperek, Michał Wasilewski, a o dekorację sali: Marcelina Bogdańska, Natalia Pieńczykowska, Wiktoria Głowacka, Wiktoria Szeląg.
Dziękuję i do zobaczenia za rok – oby w równie licznym gronie!
Danuta Kaszlej

Fotoreportaż Wojciecha Kaszleja

[Not a valid template]

Fotoreportaż Danuty Gregorowicz

[Not a valid template]

Fotoreportaż Zbigniewa Kaszleja

[Not a valid template]

 

Osoby z powiatu augustowskiego, które podczas II wojny światowej zostały aresztowane przez Niemców, były więzione, zginęły w więzieniach i obozach koncentracyjnych bądź  zaginęły. Informacje pochodzą z archiwum Zbigniewa Kaszleja, dostępnej literatury, a także ustaleń historyków. Informacje zostały uzupełnione o dane znajdujące się na portalu www.straty.pl.:

 

W lipcu 2020 r. będą miały miejsce obchody kolejnej 75. już rocznicy przeprowadzenia przez Sowietów Obławy Augustowskiej. To jest bardzo bolesna rocznica. Podczas lipcowych uroczystości przywoływane będą te tragiczne wydarzenia, od lat podobnie przedstawiane, czyli czas trwania Obławy, zasięg, podawana w sposób kontrowersyjny liczba Ofiar.

Mam wielką nadzieję, że w sposobie narracji nastąpi zmiana w opisie zasięgu, jaki objęła Obława Augustowska. Od kilku lat mamy wgląd w publikowane na rosyjskiej stronie internetowej www.pamyat-naroda.ru dokumenty 50 Armii wchodzącej w skład 3 Frontu Białoruskiego Armii Czerwonej, która przeprowadziła w lipcu 1945 r. pacyfikację kompleksu leśnego Puszczy Augustowskiej i obszarów do niej przylegających. Ujawniane na tym portalu dokumenty co rusz wprowadzały nowe, sensacyjne ustalenia, np. rzuciły nowe światło na bitwę zgrupowania Armii Krajowej Obywateli Obwodów Augustów i Suwałki nad jeziorem Brożane. Rosjanie ujawnili także oryginalne mapy, szkice rysowane przez sztabowców 50 Armii, obrazujące rzeczywiste zamierzenia i poczynania Sowietów podczas trwania Obławy.

Jedną z takich map zamieścili Tadeusz Radziwonowicz i Barbara Bojaryn-Kazberuk w wydanej w 2017 r. pracy Obława augustowska 1945 okoliczności i ofiary w dokumentach archiwalnych.
Prezentuje ona mapę, obrazującą rozkaz dowódcy wojsk 50 Armii o przeprowadzeniu operacji przeczesywania terenu objętego Obławą. Pokazuje dyslokację wojsk, określając poszczególnym oddziałom zasięg oraz ich daty dzienne przeprowadzanej pacyfikacji. Przesuwa ona teren objęty zasięgiem działań 50 Armii o powiaty: ełcki, olecki i gołdapski.  Analizując tą mapę warto skupić się na działaniach Armii Czerwonej przeprowadzonych po zakończeniu znanego wszystkim tzw. pierwszego etapu przeczesywania Puszczy Augustowskiej.

Obszar działań 50 Armii w czasie OA też po 18.07.45Według planu, pierwszy etap operacji przeczesywania Puszczy Augustowskiej przez żołnierzy 50. Armii 3 Frontu Białoruskiego umiejscowiony został w czasie 12 lipiec 1945  – 19 lipiec 1945 r. (2 Gwardyjski Korpus Pancerny rozpoczął operację wcześniej – 11 lipca).

Obszar Augustowszczyzny i Suwalszczyzny objęty był działaniem 124 Korpusu Strzeleckiego (z siedzibą sztabu w Augustowie) i 69 Korpusu Strzeleckiego (z siedzibą sztabu w Suwałkach) działających w ramach 50 Armii. Na północ od korpusów 124 i 69, działał 81 Korpus Strzelecki, który ubezpieczał przebieg Obławy z tego kierunku.

Po pacyfikacji Puszczy Augustowskiej oba Korpusy Strzeleckie przesunięte zostały na zachód i kontynuowały przeczesywanie lasów na terenie powiatów ełckiego, oleckiego i gołdapskiego:
1)  22.07.1945 r. – 51, 208 i 216 dywizje wchodzące w skład 124 Korpusu Strzeleckiego przeczesywały lasy w okolicach wsi Puchówka, Dorsze, Kleszczewo, Wysokie, Skomentno, Wiśniewo, Kucze – czyli dość duży teren, w którym są kompleksy leśne.
– 153 dywizja  wchodząca w skład 69 Korpusu Strzeleckiego przeczesywała lasy w okolicach wsi Markowskie, Wieliczki, Wilkasy, Wężewo, Cichy, Duły, Możne, Dubeninki – czyli kilka kompleksów leśnych w okolicach Olecka i na terenie obecnego powiatu gołdapskiego.
– 2, 307 i 343 dywizje wchodzące w skład 81 Korpusu Strzeleckiego przeczesywała okolice wsi Dubeninki, Łoje, dworu Rakówko, Jurkiszek, Mieruniszek i okolic Filipowa.
Przez cały dzień przy przeszukiwaniach terenu jednostki armii zatrzymały 4 „bandytów”. 

2) 23.07.1945 r. „50 Armia stacjonując w dotychczasowych rejonach, poprzez system patroli i wart terenowych kontynuowała wyławianie poszczególnych bandytów z resztek rozgromionych grup bandyckich w augustowskim masywie leśnym”. Tak podaje sowieckie źródło. Dodać tu należy, że nie wszyscy żołnierze operujących w okolicach Olecka, Ełku i Gołdapi korpusów strzeleckich zostali tu dyslokowani. Tego dnia pozostałe dywizje tych korpusów przeprowadzały np. powtórne przeczesywanie Puszczy Augustowskiej.

2) 24.07.1945 żołnierze 51 dywizji 124 Korpusu Strzeleckiego ponownie przeczesywali lasy w okolicach wsi Puchówka, Dorsze, żołnierze 208 dywizji przeczesywali okolice wsi Golubka, Wysokie, Skomentno.
Tego dnia żołnierze 110 dywizji 69 Korpusu Strzeleckiego ponownie przeczesywali lasy w okolicach wsi Wężewo, Cichy, Duły, 324 dywizja przeczesywała okolice wsi Możne, Monety, Golubki, Babki, Lenarty.

3) 25.07.1945 r. przeczesywane były lasy w okolicach wsi Dorsze.

Tak więc operacja wojskowa na terenie obecnych powiatów ełckiego, oleckiego i gołdapskiego trwała kilka dni. Najprawdopodobniej Sowieci uzyskali podczas prowadzonych przesłuchań osób zatrzymanych w Obławie informację o wyprowadzeniu przez dowództwo Obwodu AKO Augustów oddziałów  leśnych na teren Ziem Odzyskanych. Przeczesywane były duże kompleksy leśne, w których Sowieci najwidoczniej spodziewali się spotkać żołnierzy niepodległościowego podziemia. Przeczesywania tych leśnych kompleksów dały mierne wyniki, choć dokumenty 50 Armii informują o zatrzymywaniu osób, jednak skala tych zatrzymań była zapewne niewspółmierna z oczekiwaniami.

Drugim, koniecznym punktem wyjaśnień dotyczącym drugiego etapu przeprowadzenia przez Sowietów Obławy Augustowskiej jest rola i znaczenie miasta Olecko, pojawiającego się w sposób dla większości niezrozumiały  w  szyfrogramach skierowanych do W. Berii. Analiza dostępnych dokumentów, umiejscowienie Olecka w centrum wydarzeń, uzasadnia takie postępowanie Sowietów.
20 lipca 1945 r. generał major Gorgonow i generał lejtnant Zielenin pojawił się w Olecku  wraz z grupą doświadczonych funkcjonariuszy kontrwywiadu w celu przeprowadzenia likwidacji bandytów aresztowanych w lasach augustowskich. Wybór miasta Olecko na miejsce przylotu wysokich funkcjonariuszy Smiersza nie był wyborem przypadkowym. Olecko kilka tygodni wcześniej było już siedzibą sztabu 50 Armii, kiedy wracając z Prus Wschodnich kierowała się do Augustowa i Suwałk, by rozpocząć pacyfikację Puszczy Augustowskiej. Część wojsk dowództwa 50 Armii pozostawała w Olecku, którego dowództwo 21.07.1945 r. i  sztab 50 Armii zmienił swoją siedzibę z Suwałk na Olecko.

Tak więc dowództwo Sztabu 50 Armii zainstalowało się ponownie w Olecku 21 lipca, już w dniach następnych na terenach powiatów: ełckiego, oleckiego i gołdapskiego kontynuowane było przeczesywanie lasów w poszukiwaniu żołnierzy zbrojnego podziemia.
Historycy przytaczają ważny fakt, że w Olecku, w tym czasie wymienione zostało dowództwo 50 Armii. Armii, która od kilku tygodni dokonywała przeczesywania Puszczy Augustowskiej a następnie kontynuowała je w kompleksach leśnych w powiatach: ełckim, oleckim i gołdapskim. 

Znamy przynajmniej wstępne założenia przeprowadzenia pacyfikacji Puszczy Augustowskiej i wyniki ich realizacji. Znamy także marne efekty dogrywki, czyli ponownego przeczesywania kompleksów Puszczy i kompleksów leśnych w powiatach ełckim, oleckim i gołdapskich. Zatem tu nasuwa się pytanie, czy odwołanie dowództwa 50 Armii mogło być wynikiem osiągnięcia przez tą armię niezadawalających wyników pacyfikacji podziemia niepodległościowego w Puszczy Augustowskiej czy było efektem normalnych personalnych przesunięć w strukturze Armii Czerwonej?